Z Siem Reap wyruszylismy do granicy z Tajlandia, z zamiarem dotarcia na wyspe, na ktorej bedziemy lezec, pic zimne napoje i smazyc sie w sloncu...
Rano - dlugo czekalismy na "podwozke" do autobus. Spoznili sie chlopcy tylko nieco ponad 0.5h. Na miejscu okazalo sie, ze zostaniemy zaladowani jak skumbrie w tomacie do pelnego juz wlasciwie autobusu. Po przetasowaniach ludzko-bagazowych (wszystkie torby i plecaki byly w kabinie, nie w luku) udalo sie nam wcisnac, ale bylo niewygodnie i ciasno jak cholera.
Potem - sama trasa - cos dla wytrwalych;) - ta droga bedzie kiedys na pewno wspaniala, ale na razie sa tam tylko latarnie i leje, jak po bombardowaniu.
Na granicy - szybko i sprawnie. Za to juz za nia musialem czekac chyba ze 45 min w bankowej kolejce do wymiany dolarow na miejscowa walute (1$=30B).
Zrezygnowalismy z oferowanego przewozu na sama wyspe za 600B/os. Wzielismy tuk-tuk-a do dworca autobusowego. Tam - nikt nie mowil po angielsku, ale udalo nam sie ustalic, ze zaraz odjezdza nasz autobus do Chanthaburi, skad przez Trat bedziemy mogli dostac sie do celu.
Autobus byl wygodny, przewiewny (nawet bardzo;)) i wystylizowany na nocny klub (ktorego funkcje pewnie nie raz pelnil - szczegoly na zdjeciach).
Dojechalismy do Chanthaburi kolo 19:00 i nie warto bylo juz jechac dalej. Znalezlismy hotel (bardzo bejzik - porownywalny z naszym slumsem w Phnom Penh - 5$/pokoj). Zjedlismy kolacje, przeszlismy sie po okolicy i tyle. To byl caly dzien w podrozy.
Pozdrawiamy.